Piotr Grabski, student II roku dziennikarstwa i komunikacji społecznej, SKN Klub Dziennikarza na UMK: Podstawowym problemem dzisiejszych studentów jest to, iż oceniają pana profesora Jezińskiego przez pryzmat egzaminów. Owszem, są one bardzo trudne, aczkolwiek jest to spowodowane dwoma czynnikami: po pierwsze - są to ważne przedmioty; po drugie - profesor po prostu jest wymagający. Niemniej jednak, pomijając kwestie egzaminów, pan profesor Jeziński ma bardzo przyjazne nastawienie do studenta. Miałem przyjemność przeprowadzać wywiad z panem profesorem i, gdyby nie brak czasu, rozmawialibyśmy zapewne dobre dwie godziny. Ponadto, cechują nas te same zainteresowania - profesor jest fanatykiem muzyki. Jest mi więc bardzo miło pisać u profesora pracę licencjacką o takiej właśnie tematyce. Do tego wszystkiego dochodzi również kwestia szacunku pod względem naukowym - od samego początku obcowania z profesorem, jestem świadomy, że obcuję z w jakimś stopniu encyklopedią. Czy to muzyki, czy to socjologii, czy to politologii, czy to marketingu politycznego - ale jednak encyklopedią.
Bartłomiej Makowski, absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UMK: Profesor Marek Jeziński jest jedną z tych osób, które wyprzedza ich własna legenda. Na poły mityczny „Jezin” był tym, który mówił stanowcze „No pasaran” rzeszom studentów podczas egzaminów z socjologii i metod i technik badań. Chociaż, jak każdy, ryłem po nocach przed tymi egzaminami, to jakoś nie mogłem uwierzyć, że facet w t-shircie z Yodą może być wielkim, złym pogromcą żaków. Drugi raz przekonałem się o tej legendarności profesora będąc już absolwentem WPiSM i studentem Uniwersytetu Warszawskiego: oto nazwisko „Marek Jeziński” pada na pierwszych zajęciach z MiT’ów z ust prowadzącego jako wzór i przykład. Jako student i seminarzysta profesora poczułem dumę.
Będę pana profesora wspominał właśnie głównie przez pryzmat seminariów. Przyznam się, i mam nadzieję nie będzie miał mi pan profesor tego za złe, że o mojej pracy dyplomowej rozmawialiśmy co prawda najczęściej, ale nie tylko. Czerpiąc wzór z greckiej Akademii dyskutował ze mną pan profesor chętnie (mam nadzieję) na różne tematy: od najbardziej pokrewnych mojej pracy Gwiezdnych Wojen, po filmy Godarda. Dowiedziałem się też, dlaczego nowy krążek Coldplay jest, delikatnie mówiąc, mierny.
Profesor Marek Jeziński jest nie tylko autorytetem naukowym, ale i człowiekiem tak po ludzku ludzkim. W końcu, jaki inny promotor przyjąłby od swojego seminarzysty pracę podczas Balu Dziennikarza na Trawie?
Bartosz Tuszyński, absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UMK: Profesora Jezińskiego wspominam jako wymagającego, ale sympatycznego profesora. Nikt nie miał tak ujmującego preludium do egzaminu: "Witam, nazywam się Marek Jeziński, mówię to dla dla tych, których widzę pierwszy raz. Mam przyjemność przeprowadzić z państwem ten egzamin". To właśnie u niego miałem jedyny warunek w mojej karierze naukowej, ale nie wpłynęło to na moją sympatię. Egzaminy z jego wykładów - socjologii i metod badań medioznawczych - były bardzo trudne i wymagały dużego nakładu nauki, ale dzięki temu zapamiętałem z tych przedmiotów wiele, co przydaje mi się podczas obecnych studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Profesor Jeziński jest tam zresztą dobrze znany, podobnie jak wszędzie, gdzie trafiają absolwenci Wydziału Politologii. Profesor jest postacią o której krążą legendy, ale wszyscy, którzy je opowiadają, wspominają go z rozrzewnieniem.
wtorek, 30 czerwca 2015
Marek Jeziński jakiego nie znacie - galeria
Zdjęcia wykonane podczas edycji 2013 i 2014 Balu Dziennikarza na Trawie, corocznej imprezy Studenckiego Koła Naukowego "Klub Dziennikarza". Prof. Marek Jeziński trzykrotnie został nagrodzony Złotym Ananasem w kategorii Cenzor, nagrodą przyznawaną wykładowcom Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych przez studentów. Fot. Anna Jankowska
![]() |
| Z "Platynowym Ananasem" |
![]() |
| Z dr. hab. Michałem Strzeleckim |
![]() |
| Z dr. Łukaszem Wojtkowskim i red. Łukaszem Goniakiem |
![]() |
| Z dr. hab. Marcinem Czyżniewskim, dr. Mariuszem Popławskim, dr. Wiesławem Wacławczykiem i dr. Wojciechem Peszyńskim |
![]() |
| Z prof. dr. hab. Romanem Bäckerem, dziekanem Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych |
Koncerty i wykłady mają wiele wspólnego - wywiad z prof. dr. hab. Markiem Jezińskim
![]() |
| Der Birken, fot. SKN Klub Dziennikarza |
Przygotowując licencjat poświęcony zagadnieniom brytyjskiego punk rocka przekonałem się, że w Polsce istnieje niewiele publikacji naukowych na temat muzyki popularnej. Czuje się pan pionierem w tej dziedzinie?
Rzeczywiście, nie ma wiele informacji na ten temat ujętych w ramach naukowych badań. Generalnie w Polsce na uniwersytetach z pewnym lekceważeniem podchodzi się do kultury popularnej i spraw związanych z kulturą popularną, co jest wynikiem zaszłości z minionego systemu, gdy ta kultura popularna była spychana na dalszy plan, stawiano na coś innego. W związku z tym nie wytworzyła się kadra naukowa – z paroma wyjątkami – która się by tym zajmowała i przyznawała do tego. Jest kilka osób, które w istocie zajmowały się tymi sprawami, ale nie było to czynione w sposób systemowy i przemyślany, i aby uczynić z tego zagadnienia dominantę swojego dorobku naukowego. To zawsze była poboczna kwestia, którą ktoś przy okazji podejmował. I z tym się borykamy do dzisiaj.
Coraz częściej powstają jednak - sam jestem przykładem na potwierdzenie tego - licencjaty czy magisterki poświęcone muzyce popularnej.
O ile młodzi ludzie, na poziomie licencjackim czy magisterskim, mogą się fascynować tymi kwestiami, o tyle przełożenie tego na pracę dyplomową czy próbę rozpoczęcia kariery naukowej, choćby w postaci wystąpienia na konferencji, to zupełnie inna sprawa. Sam miałem pewien ciekawy przypadek, gdy prowadziłem grupę licencjacką na socjologii. Jeden ze studentów miał problem z wyborem tematu pracy. W końcu zdecydował się na jeden, ale po pół roku stwierdził, że on mu kompletnie nie leży. Zapytałem się więc go nieśmiało, czym się interesuje. Odparł, że muzyką, i okazało się, że ma w głowie pomysł na pracę, ale wstydził się o tym powiedzieć. To zadziwiające, że studenci nie potrafią uwierzyć w to, że ten temat może być dobrym pomysłem na licencjat czy magisterkę. Zresztą ja sam nie byłem inny – pewne idee nosiłem w sobie od bardzo dawna, ale jakoś tak wychodziło, że powinienem był zająć się innymi tematami, bardziej szanowanymi w środowisku naukowym, i w efekcie z dużym opóźnieniem zacząłem zajmować się tym, co mnie naprawdę fascynuje. Teraz już nie muszę martwić się, w jaki sposób kierować swoją ścieżką rozwoju naukowego.
Ostatnio Toruń gościł konferencję „Kultura rocka”, która zgromadziła wielu naukowców, zwłaszcza nowych. Więc może jest światełko w tunelu?
Konferencja, o której mówiliśmy, zorganizowana przez kolegów z wydziału filologicznego, pokazuje, że jest duże zapotrzebowanie. Ludzie młodzi, ale też badacze doświadczeni są o tym w stanie coś powiedzieć. My sami, na naszej katedrze dziennikarstwa organizowaliśmy parę lat temu konferencję na temat kultury rocka, nazywało się to „Sztuka i polityka – muzyka popularna”. Też mieliśmy wiele referatów, które pokazywały, że w środowisku naukowym jest zainteresowanie muzyką.
Konferencja, o której mówiliśmy, zorganizowana przez kolegów z wydziału filologicznego, pokazuje, że jest duże zapotrzebowanie. Ludzie młodzi, ale też badacze doświadczeni są o tym w stanie coś powiedzieć. My sami, na naszej katedrze dziennikarstwa organizowaliśmy parę lat temu konferencję na temat kultury rocka, nazywało się to „Sztuka i polityka – muzyka popularna”. Też mieliśmy wiele referatów, które pokazywały, że w środowisku naukowym jest zainteresowanie muzyką.
Podejrzewam jednak, że dla wielu „poważnych” naukowców zajmowanie się „szarpidrutami” to dziecinada i strata czasu.
Rzeczywiście, jest to traktowane jako coś niepoważnego. Taki pogląd pokutował wiele lat – muzyka popularna to coś niepoważnego i niewartego zainteresowania, bo nie wpisująca się w pewną oficjalność myślenia o kulturze i historii. Zwróćmy uwagę, że przez wiele lat ważny moment w naszej historii, jakim były lata 80. były przedstawiane jako okres heroicznej walki politycznej z wielogłową hydrą pożerającą kraj. Było to pokazywane w czarno-białych kolorach. Dopiero w ostatnich latach dzieje się tak, że do głosu są dopuszczani młodzi wówczas ludzie, którzy działali w kulturze undergroundowej – nawet nie drugiego, ale trzeciego obiegu, negatywnie nastawieni i do Jaruzelskiego, i do Solidarności, i do Kościoła. Tworzyli świat subkultur muzycznych, które przeciwstawiały się tamtym siłom politycznym. Od kilku lat są uznawani za ważny element naszej historii. Muzycy punkowi zostali dopuszczeni do głosu, by opowiedzieć ją ze swojego punktu widzenia.
Jak zaczęło się pana zainteresowanie muzyką?
Trudno wskazać punkt, który byłby początkiem. Na pewno było tak, że jako nastolatek zacząłem słuchać radia, przede wszystkim Trójki, która w tamtych czasach odgrywała wielką w rolę w kreowaniu gustu muzycznego młodych Polaków. Chętnie czytałem prasę muzyczną z tamtych czasów. Nie było tego wiele, ale lgnąłem do tych tytułów. Czasem myślałem sobie, że wykonawcy o których czytam mogłyby być opisane też przeze mnie, ale jakoś tak wychodziło, że nie za bardzo podejmowałem jeszcze próby dziennikarskiego opisania tego, co słyszę.
Pamięta pan swoje pierwsze naukowe teksty o muzyce?
Pierwszy esej na studiach socjologicznych, na zaliczenie przedmiotu „Współczesna historia Polski” nosił tytuł „Boom subkultur młodzieżowych a rozwój muzyki młodzieżowej w latach 80.”. U progu dorosłości, mając lat 20 czy 21, zacząłem myśleć w sposób krytyczny o tych kwestiach. Potem zainteresowałem się teatrem, działałem jako artysta teatralny w grupach studenckich, także jako osoba krytycznie pisząca o teatrze. Prace naukowe dotyczące sztuki zaczęły się właśnie od teatru. Ale ten temat muzyczny we mnie siedział i zacząłem myśleć o pisaniu o muzyce w naukowym kontekście. Na studiach doktoranckich zacząłem pisać o tym szerzej – prace na temat zespołu Faust czy rockowej poezji Marcina Świetlickiego to były pierwsze próby tego, co przyjmuje postać poważniejszych, wielowątkowych prac, zajmujących się różnorodnymi kwestiami.
Jakimi artystami rockowymi zajmował się pan w pracy naukowej?
Amerykańskie zespoły psychodeliczne z lat 60., krautrockowi wykonawcy niemieccy z lat 70., David Bowie, Roxy Music, tego typu angielscy wykonawcy z lat 70. i 80., którzy tworzyli ciekawą subkulturę glamrockową. Takie tematy przejawiały się dawno temu w moich próbach pisarskich dotyczących rocka. Zawsze chciałem, by tematy mojej pracy w jakiś sposób pokrywały się z moimi prywatnymi zainteresowaniami, aby było w pracach widać pewną pasję.
Pana dorastanie przypadło na lata 80., erę wielkiego boomu na polski rock. Czuje pan z nim związek?
Byłem nieświadomym, niedojrzałym uczestnikiem szału na polską muzykę w latach 80. Kupowałem płyty Maanamu, Perfectu, Dżemu, tego typu wykonawców polskiego rockowego boomu. Naturalnym było słuchanie Listy Przebojów Trójki, szukanie innej muzyki, przegrywanej z kasety na kasetę, chodzenie na koncerty, granie w zespołach. To była nieodłączna część doświadczeń mojej generacji, tego „folkloru” lat 80. Podobnie jak festiwal w Jarocinie - w roku 1988 roku sam go odwiedziłem, grały tam takie zespoły jak Farben Lehre i Opozycja.
Lata 80. bardzo mocno kojarzą się z wyjątkową atmosferą koncertów. Jakie, obok Jarocina, najlepiej pan zapamiętał?
Najlepiej wspominam koncert pierwszej gwiazdy zagranicznej – Iron Maiden, która w 1984 roku odwiedziła kilka miast Polski. Ja miałem okazję ich obejrzeć we Wrocławiu. To było zupełnie coś innego, niż koncert polskiego artysty dla 200 osób. W hali zebrało się 5 tysięcy fanów, na koncercie można było podziwiać grę świateł i pirotechnikę. Zupełnie inny świat. Ale wykonawcy polscy także robili dobre wrażenie. Na mnie największe wywarł Dżem, wówczas jeszcze nie tak bardzo popularny, nieskażony pozycją gwiazdy.
Wspomniał pan, że elementem „folkloru” lat 80. było nie tylko słuchanie, ale i granie muzyki. Jak się zaczęła pana przygoda z tworzeniem własnych dźwięków?
Jeszcze w podstawówce udało mi się kupić gitarę, której nie dało się nastroić, ale innych nie było w polskich sklepach muzycznych. I tak zacząłem grać sobie na gitarze, poznawać akordy, próbować jakieś melodie tworzyć. Wtedy też zacząłem myśleć o pierwszych próbach muzycznych, ale poza paroma spotkaniami z kolegami z podstawówki, którzy też mieli gitary – akustyczne oczywiście – nie za bardzo nam to wychodziło. Dopiero w liceum zacząłem grać w zespole postpunkowym, nowofalowym, gdzie pisałem teksty, trochę muzyki, wspólnie aranżowaliśmy utwory. To trwało rok, półtora, a potem poszedłem na studia i to wszystko się w oczywisty sposób rozmyło.
Nie oznaczało to jednak końca przygody z muzyką.
Na studiach próbowałem coś zakładać, ale nie za bardzo mogłem znaleźć ludzi, którzy by podeszli do tego ze zrozumieniem. Dopiero pod koniec lat 90. zaczęliśmy z ludźmi, z którymi grałem wówczas w teatrze myśleć o tym, by teatr zamienić na dźwięk.Wtedy zaczęła się bardziej poważna, systematyczna praca nad utworami i nad tym, co próbowaliśmy przedstawiać ludziom. Chociaż niezależnie od mojej współpracy z innymi w zespołach, cały czas udawało mi się coś pisać utwory, które „solowo” z gitarą akustyczną wykonywałem. Nie chcę przez to powiedzieć, że byłem jakimś „bardem” (śmiech), ale tego typu piosenki zawsze mi do głowy przychodziły i towarzyszą mi przez całe życie, choć wraz z rozwojem technologii inaczej te piosenki się piszą.
Pod koniec lat 90. powstał zespół Tacuara Nod. Na YouTube można odnaleźć ślady jego działalności, i można po nich stwierdzić, że bliska jest panu awangardowa formuła muzyczna.
Tak, zdecydowanie. Choć to, co można znaleźć na YouTube to jedynie „część prawdy” jak śpiewali Bob Marley i Peter Tosh. Druga część historii nie została nigdy wypowiedziana. W naszych archiwach domowych znajdują się nagrania z daleko bardziej posuniętymi poszukiwaniami awangardowymi. Używaliśmy na scenie zabawek, przeszkadzajek, przedmiotów domowego użytku, narzędzi. Przykładowo używaliśmy wiertarek, z których jedna wierciła w drewnie, a druga w betonie, co dawało zupełnie inny dźwięk (śmiech).
Tacuara Nod – prekursorzy dubstepu?
No, praktycznie tak (śmiech), choć tu bardziej Einsturzende Neubauten czy SPK byliby wzorami. Rzeczywiście, dobrze się bawiliśmy. Pewien mój kolega po jednym z koncertów powiedział: „Podzieliliście koncert na dwie części, jedna była częścią zasadniczą, a druga bisami. W pierwszej części pokazaliście, że jesteście artystami, a w drugiej, że umiecie grać” (śmiech). To chyba trafne podsumowanie tamtego okresu.
Skąd zrodził się pomysł projektu Der Birken?
Der Birken zrodziło się z tego, że zacząłem sobie myśleć o tym, że rzeczywistość w Polsce skręca w niebezpieczne rejony. Pomyślałem sobie, że osiągnąłem już wiek, który pozwalałby na to, by bez jakichkolwiek zahamowań wykonywać punkowe utwory na scenie. W związku z tym pojawiła się najpierw idea założenia zupełnie punkowego zespołu Święte Brzozy, dla którego zacząłem pisać utwory, ale okazało się, że nie bardzo jestem w stanie znaleźć ludzi, którzy utworzyliby pełny skład. Jak wiadomo, zespół punkowy musi składać się z czterech muzyków, muszą być cztery konkretne instrumenty, tutaj się nie da inaczej. A to oznacza, że muszą być próby, musi być stała działalność z pewnymi perspektywami. Przy obecnej sytuacji zawodowej i rodzinnej na coś takiego po prostu nie ma czasu. W związku z tym trzeba było tak pomyśleć, by utwory, mające punkową treść, dało się wykorzystać w inny sposób. W związku z tym powstał projekt, który miał być projektem pobocznym Świętych Brzóz, czyli Der Birken.
I projekt poboczny okazał się pana projektem głównym.
Miał funkcjonować do czasu, aż z doktorem Wojtkowskim znajdziemy ludzi, którzy uzupełnią prawdziwy skład. W związku z tym przearanżowalem te utwory na elektronikę, na sample i loopy. Dlatego to już nie jest punk, ale, jak to nazywam, dark cyber electro punk – lecz ciągle z tym samym przesłaniem. Te utwory po prostu dobrze brzmią – zarówno jako proste punkowe piosenki, jak i przearanżowane na elektronikę, gdzie na dobrą sprawę te linie melodyczne są nadal dość proste. Tak jak powinno być w oryginalnym punku, z tym, że pojawia się znacznie więcej przestrzeni muzycznej, znacznie więcej aranżacyjnych odniesień, no i miejscami tak się dzieje, że to nie jest już typowy punkowy przekaz, pojawiaja się innego typu niuanse.
Der Birken ma na już na koncie kilka bardzo udanych koncertów. Już w czwartek kolejny, u boku samego Tymona Tymańskiego i jego The Transistors!
Niespodziewanie dla nas pojawiła się możliwość zagrania u boku dużej gwiazdy sceny alternatywnej. Der Birken gra rzadko, ale na każdy koncert staramy się przygotowywać różne aranżacje. W czwartek zagramy jeden z pierwszych utworów napisanych dla Świętych Brzóz, co pokazuje, że Brzozy i Birken to historia, która jest ciągłością.
Zawód profesora uniwersyteckiego kojarzy się z powagą i statecznością. Jak jest odbierany profesor, który szaleje na scenie, grając awangardową muzykę?
Na naszym wydziale nie jest to jakoś dziwnie odbierane, bo ja grałem przez cały czas. Prowadziłem zespoły, zanim zacząłem pracować na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych. Nie spotkałem się ze słowami krytyki czy zdumienia. Zazwyczaj towarzyszy temu pozytywna ciekawość, i ze strony wykładowców, i ze strony studentów. Gdybym ja w waszym wieku miał wykładowcę, który występuje na scenie, też chodziłbym go zobaczyć w innej roli niż standardowa, oglądana na co dzień. Kiedy ja z kolei będąc na studiach działałem w teatrze, to często zapraszaliśmy swoich wykładowców na spektakle. Pojawiali się od czasu do czasu na naszych przedstawieniach i rozmawialiśmy z nimi na ten temat. Raz zdarzyło nam się nawet zagrać przedstawienie na zajęciach.
Zatem praca na uczelni i tworzenie muzyki nie wchodzą sobie w drogę?
Muzyka i nauka się splatają i nie ma rozdźwięku między występowaniu na scenie muzycznej i na katedrze wykładowej – to podobne typy obcowania z publicznością. Nie jestem wyjątkowym przypadkiem naukowca, który para się muzyką. Jeden z naszych byłych rektorów, profesor Jan Kopcewicz grał swego czasu w jazzowym zespole na trąbce. To coś zupełnie normalnego, że ludzie realizują różne pasje i zainteresowania. Nie przeszkadza to w niczym w wykonywaniu obowiązków naukowych.
Czy wśród pana kolegów z Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych jest wielu miłośników muzyki?
Profesor Strzelecki (dr hab. Michał Strzelecki, prof. UMK – przyp. mk) jest wielkim fanem Marka Knopflera i Stinga, a więc „trójkowej” klasyki rocka. Pan doktor Lisiecki (dr Marcin Lisiecki – przyp. mk) jest „z pochodzenia” heavymetalowcem, ale też jest otwarty na różne jazzowe, awangardowe doznania. Podobnie szerokie spektrum zainteresowań ma doktor Wojtkowski, który jest fanem i punka, i progresywnych brzmień, i folku, potrafi też nie pogardzić zespołami country. Muzyka to coś, co towarzyszy nam codziennie. Nasiąkamy pewnymi sprawami, i fascynacje, które się pojawiają w wieku studenckim, pozostają w nas na dłużej.
Prof. dr hab. Marek Jeziński - notka biograficzna
Marek Łukasz Jeziński urodził się w 1970 roku. W 1996 roku uzyskał magisterium z socjologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu za pracę "Język przemówień politycznych Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1981-1983", której promotorem był dr Roman Bäcker. Rok później uzyskał stopień Master of Arts (MA) z kierunku Society and Politics na Lancaster University/Central European University u za pracę "The Language of Political Pronouncements of Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej", której promotorem był Sławomir Kapralski. W 2000 roku obronił doktorat z socjologii w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk/Central European University, tematem pracy doktorskiej był "The Quest for Political Myth and Symbol in the Political Language of Akcja Wyborcza Solidarność and Sojusz Lewicy Demokratycznej between 1997 and 2000", a promotorem dr hab. Edmund Mokrzycki.Od 2001 roku pracuje na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 2005 roku uzyskał tytuł doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce, specjalność: komunikacja masowa na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego za pracę "Marketing polityczny a procesy akulturacyjne. Przypadek III Rzeczypospolitej". W 2012 roku uzyskał nominację na profesora nauk humanistycznych. Pracuje na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, którego jest obecnie prodziekanem. Jest także kierownikiem Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej WPiSM UMK.
Zainteresowania badawcze profesora Jezińskiego to m.in. socjologia i antropologia polityki, marketing polityczny, kultura masowa i kultura popularna. Ma w dorobku kilkadziesiąt artykułów naukowych z dziedziny politologii, socjologii, kulturoznawstwa, teatru współczesnego i muzyki popularnej. Teatrem i muzyką interesuje się również prywatnie - grał w zespołach muzyki eksperymentalnej Tacuara Nod, L2&T oraz Tales of Nod, a obecnie z drem Łukaszem Wojtkowskim tworzy duet Der Birken.
Najważniejsze samodzielne publikacje:
- The Quest for Political Myth and Symbol in the Political Language of Akcja Wyborcza "Solidarność" and Sojusz Lewicy Demokratycznej (2003)
- Marketing polityczny a procesy akulturacyjne. Przypadek III RP (2004)
- Język przemówień politycznych Wojciecha Jaruzelskiego w okresie stanu wojennego (2009)
- Muzyka popularna jako wehikuł ideologiczny (2011)
- Mitologie muzyki popularnej (2014)
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Prof. dr hab. Marek Jeziński
Szanowni Czytelnicy,
witam na stronie poświęconej prof. dr. hab. Markowi Jezińskiemu, prodziekanowi Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych oraz kierownikowi Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Strona stworzona w ramach zajęć "Internetowe gatunki dziennikarskie", na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
witam na stronie poświęconej prof. dr. hab. Markowi Jezińskiemu, prodziekanowi Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych oraz kierownikowi Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Strona stworzona w ramach zajęć "Internetowe gatunki dziennikarskie", na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









